Jana od Boga poznałem “zaocznie”, gdy umierając na raka zgodziłem się poprosić go o pomoc.

Będąc w tak złym stanie, że jak to mówią, trudno żeby miało być gorzej, z diagnozą mocno złośliwego raka wątroby, potwierdzoną przez czterech różnych lekarzy, którzy dawali mi rok życia w bólu, z przerzutami do otrzewnej jelit.

Krótko mówiąc sytuacja nie do opanowania.

Gdybym się wcześniej zgłosił, powtarzali lekarzy proponując mi chemioterapię, bo choć nie da się tego wyleczyć, była jednak szansa na spowolnienie szybkości rozprzestrzeniania się komórek rakowych. Wówczas mógłbym, biorąc regularnie chemię i środki przeciwbólowe, przedłużyć życie do maximum trzech lat. 

 

Życie?

Czy można mówić, że to życie, kiedy bierzesz najmocniejsze trucizny, by uśmierzyć ból?

Kiedy jesteś zatruwany co dwa tygodnie na nowo, z przerwą tylko na to, by nie zatruć cię od razu? 

Kiedy półprzytomny od łagodzącej ból morfiny, zasypiasz na toalecie, po to, by obudzić się na następne siku i zanim je skończysz zasypiasz dalej. 

Kiedy wydobycie z siebie głosu jest zbyt wielkim wysiłkiem i walczysz o to, by oddychając jedynie jak najpłycej, zaspokoić potrzeby tlenowe. Każdy normalny oddech oznaczał straszny ból, którego nawet końskie dawki morfiny nie były w stanie stłumić.

Miałem wewnątrz torsu wodę wokół wielu organów. 

 

Przyjaciele i znajomi nie dawali mi spokoju. Mieli tysiące rad.

Żądali, wymagali, uświadamiali, nie dali mi odejść. 

Niki Zeininger z Wiednia zapytała mnie : Co ty chcesz? Chcesz umrzeć czy żyć?  

 

Ocuciło mnie to na tyle, że i ja postanowiłem walczyć.

 

Niki i jego żona Elizabet, z Wiednia, oboje doktorzy, z około 40 letnim stażem. Oboje zainteresowani alternatywną medycyną.

Elizabet zaproponowała mi, że, jeśli się zgodzę, to poprosi pewnego uzdrowiciela o pomoc, powiedziała mi jego jakieś dziwne imię i nazwisko, których nie mogłem zapamiętać.

.

Powiedziała, że bez mojej zgody nie mogła prosić o pomoc dla mnie.

Tak akurat się składało, że tym uzdrowicielem był Jan od Boga.

.

Miał być w Austrii, by uzdrawiać ludzi i ona miała go tam spotkać. Z tego co wiedziała potrafił on pomagać na odległość.

Miało tam być trzy tysiące osób dziennie. Ja jednak przedtem o niczym takim nie słyszałem i wydawało mi się to hochsztaplerką.

 

A jednak, w obliczu śmierci co miałem do stracenia?

 

Elizabet przez telefon pytała, czy zgadzam się, by zwrócić się do João o pomoc. Miała przedstawić mu moje zdjęcie.

 Na dodatek wszystkiego, nic to nie kosztowało, ani nie wymagało ode mnie żadnego wysiłku.

 

Miałem jedynie zastosować się do ewentualnych porad uzdrowiciela i jeśli by mnie operował na odl;egłość, miałem spać przez tydzień w białej pościeli i przebywać jak najwięcej w łóżku, i jak najwięcej się modląc. Zgodziłem się.

.

W danym dniu poczułem się słaby. Zmęczony. Faktycznie prawie nie wychodziłem z łóżka.

Po tygodniu stwierdziłem wyraźną poprawę. Właściwie poprawę zauważyłem już pierwszej nocy, ale nie mogłem w to uwierzyć, bałem się, że mi się to tylko wydaje.

Jednak po tygodniu rzeczywiście mogłem lepiej oddychać i nawet naciskać swój brzuch, na którym wcześniej nie mogłem nawet ręki oprzeć, czasem sam koc był zbyt ciężki, bym mógł się przykryć.

Jednocześnie nadszedł długo oczekiwany termin, by w szpitalu mechanicznie usunąć wodę. Mieli mi zrobić otwór i rurką przez parę godzin, woda powinna była spłynąć, nie wszystka, ale miało to znacznie zmniejszyć ból przy oddychaniu.

 

Szedłem na zabieg, oddychając coraz głębiej i myślałem, że chyba mam mniej, tej tak bolesnej, wody. Mogłem prawie normalnie oddychać!!!

 

Przed zabiegiem postanowiono przyjrzeć się dokładniej gdzie w danej chwili jest najwięcej wody i specjalista od USG zaczął mi jeździć po brzuchu sondą.

Naciskał mocno i długo i aż się zasapał, trwało to dwukrotnie dłużej niż normalnie, aż w końcu skonfundowany wyznał, że nie może znaleźć żadnej wody.

Powiększając jego zdumienie wcale się na niego nie obraziłem, lecz radośnie podziękowałem , zapewniając go, że faktycznie i ja sam, też czuję się znacznie lepiej.

 

Na następny tydzień miałem wyznaczony termin na pierwszą chemię i choć czułem się lepiej, daleko mi było od normalności. 

Bojąc się stracić kolejkę i wypaść z systemu, brałem chemię, robiąc wszystko, by na mnie nie zadziałała.

Po 8 chemiach poprosiłem o przerwę, gdyż czułem, że jeśli ktoś lub coś mnie usiłuje wyleczyć, to chemia temu przeszkadza, niepotrzebnie obciążając tylko mój organizm i utrudniając mi powrót do zdrowia.

 

Samodzielnie zacząłem zmniejszać dawkę morfiny, szokując co niektórych z mych doktorów, u jednego zobaczyłem coś w rodzaju podejrzenia na twarzy, patrzył na mnie, jakbym postradał zmysły.

.

Jedynie moja pani doktor pogratulowała mi, szczerze ucieszywszy się moją poprawą. 

Ale ona też nie uwierzyła, że faktycznie wyzdrowiałem. Nie potrafiła wytłumaczyć, jak to się stało, że wyzdrowiałem – wbrew temu co mówiła wcześniej – jednak przypisała moje ozdrowienie, mojemu nadzwyczaj pozytywnemu zareagowaniu na chemioterapię.

.

Po półtora miesiącu udało mi się zacząć powoli trenować.

 

Rozkoszowałem się powrotem do życia.

 

Następne badanie tomograficzne stwierdziło, że wszystkie rakowe carcynomen – coś jakby krosty wewnątrz ciała – zniknęły, zostały po nich ślady, ale raka już nie było. 

 

Jak to było możliwe?

Nie uwierzyłbym gdyby nie przytrafiło mi się to mnie samemu. Pomyłka też była wykluczona. Rak nieuleczalny i wyrok śmierci, ja zaś w trzy i pół miesiąca później trenuję, jak gdyby nigdy nic?

.

Pamiętałem też, jak się czułem, gdy całkiem niedawno temu, byłem bardzo chory.

 

Postanowiłem pojechać do uzdrowiciela, by mu się przyjrzeć z bliska. Jak było to wszystko możliwe? Daleko, bo aż do Brazylii, ale co to dla mnie?

 

Atmosfera w Casa była, ponad wszystko chyba, najważniejsza.

Codziennie widziałem setki, a trzy razy w tygodniu – w dni gdy przyjmował medium Jan od Boga – nawet i tysiące ludzi, chorych, obolałych, przestraszonych, zatroskanych, ludzi których twarze odmieniały się i wielu doznawało prawie natychmiastowej przemiany. Ulgi. Wiary.

Ludzie chorzy i obolali, ale uśmiechnięci i mili dla innych.

No i dziesiątki woluntariuszy, pomagających w Casa. 

.

Białe stroje, uśmiechnięte twarze, skupiona na duchowości, skromna i przyjazna atmosfera, wszystko to przypominało mi bardzo mój trzeci w życiu główny nurt wydatkowania mojej energii, mianowicie Karate do Doshinkan.

Czułem się tak jakbym nareszcie trafił do domu i chciał tu zostać na dłużej.

.

Gdy tam przybyłem, miałem jeszcze ostre kłucie w piersi, jakby ktoś wbijał mi cienki sztylet pod dolne prawe żebro, za każdym razem gdy się nadymałem lub potrzebowałem mocniej odkaszlnąć. 

Ból ten zniknął z sekundy na sekundę, gdy pierwszy raz wchodziłem do wnętrza Casa, do pokoju strumienia.

Zniknął a ja nadymałem się jak jakiś człowiek żaba, nadymałem i nawet naciskałem, szukając tego kłucia, do którego zdążyłem się już dość mocno przyzwyczaić, przez dwa miesiące lepszego samopoczucia.

Nadymałem się, nie mogąc go odnaleźć i nie mogąc uwierzyć, że zniknął ot tak i bez niczego.

Starałem się więc jeszcze dopchnąć ciut więcej i więcej powietrza. Było to niemożliwe, ale ból zniknął.

.

Przedefilowałem przez salę, dotknąłem szczęśliwy ręki Jana od Boga.

Sprawiał wrażenie dobrego i bardzo przyjaznego człowieka, czułem w nim też niesłychaną siłę, kogoś komu można ufać, i czułem jakby miłość do ludzi w jego oczach.

.

Trudno to wyjaśnić, ale tak właśnie bym to scharakteryzował.

Głos miał ciepły i mocny, pewny, jak kochającego ojca, troszczącego się o swe dziecko.

Tysiące ludzi, którzy tego dnia przyjechali, przechodziło w niekończącej się kolejce, a on wszystkim w jakiś sposób był w stanie pomóc.

Niektórych zatrzymywał na dłużej, czyli parę minut, ale rzadko.

I każdy był najwyraźniej poruszony i jakoś odmieniony po spotkaniu z Janem od Boga, tak bowiem został nazwany przez ludzi.

 

Brak odpowiedzi na “ Historia Jurka ”

Zostaw komentarz