W izbie chorych poznałem Marka, który interesował się filozofią wieczystą, wskazującą na wspólność podstawowych Prawd, obecnych we wszystkich wielkich tradycjach i religiach oraz na istnienie jednej wspólnej duchowej drogi do Prawdy.

Filozofia wschodu zawsze była mi bardzo bliska. Yogą zainteresowałem się, kiedy miałem 18 lat.

Marek pożyczał mi książki, które czytałem i robiłem notatki.

Na gruzach starego zaczęło się rodzić nowe życie.

Postanowiłem ćwiczyć relaks, zacząłem odczuwać różne doznania w ciele. Czasem były one dla mnie bardzo emocjonujące i z tego powodu szybko się rozpraszały. Żeby nie „uciekały” musiałem nauczyć się zachowywać spokój bez względu na to, co się działo.

Ponieważ dokuczały mi hemoroidy dostałem od lekarza czopki, 5 sztuk. Zaaplikowałem sobie jedną i postanowiłem zrobić eksperyment. Chciałem sprawdzić, co będzie, jeśli będę mocno skupiał się na bolącym miejscu. Efekt był taki, że więcej czopków już nie musiałem brać, dolegliwości minęły.

Piszę o tym, bo to, co się wtedy wydarzyło było bardzo ważnym dla mnie odkryciem. Zrozumiałem, że koncentrując się na miejscach w ciele gdzie odczuwamy dolegliwości skupiamy tam swoją energię, która działa uzdrawiająco.

To był dopiero początek nowych niezwykłych odkryć.

Z obserwacji oddechu i wewnętrznych doznań z biegiem czasu, zupełnie intuicyjnie uczyniłem wspaniałą technikę medytacyjną, która jednocześnie jest dla mnie niezwykle przydatną metodą samoleczenia.

Codzienna, godzinna medytacja przed śniadaniem stała się dla mnie czymś normalnym i niezbędnym tak jak poranna toaleta a korzyści, jakie w ten sposób odnoszę, są ogromne.

Nasz organizm posiada cudowne możliwości regeneracji i samoleczenia. Trzeba mu tylko na to pozwolić. Dla mnie ta praktyka jest najlepszym na to sposobem.

.

.

Moja Medytacja

.

Lubię ciszę.

Tykanie zegara.

Bicie własnego serca.

Przyjdź Panie i powiedz mi

Kim Jestem?


Nigdy nie jestem sam.

Zawsze jest ze mną moje ciało,

które za złe traktowanie w przeszłości

odpłaca mi się teraz

niewygodą i cierpieniem.

Są też ze mną moje myśli,

emocje i uczucia.

Targają mną

nie zawsze w tą samą stronę.


Tęsknię za wewnętrznym wyzwoleniem,

Za pełną spokoju ciszą,

Za błogą pustką,

gdzie jest już tylko

Miłość.

Zupełnie niedawno z książki Kena Wilbera „Śmiertelni Nieśmiertelni” dowiedziałem się, że jest ona zbieżna z jedną z najstarszych indyjskich technik medytacyjnych, Vipassaną, odkrytą na nowo 2600 lat temu przez Gautamę – Buddę, esencją tego, co praktykował i czego nauczał przez 45 lat swego życia.

Budda stworzył specjalny system kursów nauczania tej praktyki, które do dziś w niezmienionej formie są prowadzone w wielu krajach świata, jak się dowiedziałem, również w Polsce.

Wziąłem udział w takim Kursie. To było wielkie wydarzenie w moim życiu i bardzo trudna próba.

Dziesięć godzin medytacji dziennie przez dziesięć dni w całkowitym skupieniu, przy zachowaniu absolutnego Szlachetnego Milczenia i zakazie jakiegokolwiek kontaktowania się, nawet wzrokowo, z innymi uczestnikami Kursu.

.

Niecały rok po wyjściu z więzienia w maju 1983r dowiedziałem się, że Lucyna Winnicka, znana aktorka i dziennikarka, twórczyni Akademii Życia, organizuje tygodniowy kurs, w programie którego były również niekonwencjonalne metody leczenia i Yoga. Bardzo mnie to zainteresowało, zadzwoniłem do niej, przyjęła mnie i w ten sposób zaczął się nowy etap w moim życiu.

Na kursie była niezwykła atmosfera, pełna miłości, wzajemnej życzliwości i energii, którą dosłownie czuło się w palcach.

Brało w nim również udział siedmiu bioenergoterapeutów i to głównie oni byli źródłem tego prawie namacalnego nasycenia energią.

Tam zaczęły się moje pierwsze medytacje, tam też podczas ćwiczeń Polarity, po raz pierwszy poczułem energię przepływającą przez moje ręce.

Podczas tego kursu doświadczyłem też czegoś, co uznałem za pewnego rodzaju duchową inicjację.

W niedzielę razem z kolegami z pokoju wybraliśmy się do kościoła na mszę. Przed Podniesieniem uzmysłowiłem sobie, że nie chcę modlić się jak wszyscy, odmawiając modlitwę.

Słowa często nie oddają w pełni tego co chcemy nimi wyrazić, mogą być wymawianie bezwiednie, automatycznie, podczas gdy myśli wędrują zupełnie gdzie indziej.

Postanowiłem, po prostu wyrazić wewnętrznym uczuciem moją miłość do Boga.

I stało się coś niezwykłego.

Miałem wrażenie, że ze środka mostka, wyskoczył korek i z powstałego w ten sposób otworu rozlała się na klatkę piersiową gorąca lawa. Zrozumiałem, że w ten sposób otworzyło się moje duchowe serce. Chodziłem później po całym budynku i wszystkim napotykanym osobom mówiłem: Mam serce! Mam serce!

Serce jest centralnym ośrodkiem systemu energetycznego. Jego rozwijanie poprzez kierowanie się w życiu miłością powoduje harmonijny, równomierny rozwój całego systemu i samego człowieka.

Po kilku latach osiągnąłem taki stan wewnętrznej równowagi. Objawiło się to białym kolorem aury tzn. równowagą wszystkich siedmiu głównych ośrodków energetycznych znajdujących się na linii kręgosłupa od jego podstawy do czubka głowy.

Utwierdziło mnie to o słuszności obranej drogi.

Po kursie zostałem członkiem Akademii Życia. Wziąłem udział w wielu różnych kursach, treningach i szkoleniach między innymi w dwóch tygodniowych treningach interpersonalnych u Jacka SantorskiegoWojtka Eichelbergera. Zaliczyłem też roczny kurs Bioenergoterapii u Ryszarda Ulmana i Kurs biomasażu leczniczego.

Po pewnym czasie zostałem instruktorem Akademii i w jej ramach prowadziłem zajęcia grupowe w Warszawie.

Moim największym sukcesem było jednak zorganizowanie w Siedlcach, gdzie mieszkam, cotygodniowych i najmilej wspominanych, dwudniowych, weekendowych zajęć wzorowanych na Akademii Życia, które nazwałem Treningiem Antystresowym.

Prowadziłem je przez siedem lat. Na zajęcia przychodziło 20 – 25 osób. Grupa była bardzo ze sobą zżyta. Panowało w niej poczucie bezpieczeństwa i wzajemnego zaufania. Dla wielu stanowiła mocne, bardzo potrzebne im wsparcie psychiczne.

Zapewne z wielkim sukcesem kontynuowalibyśmy nasze zajęcia do dziś gdyby nie problemy lokalowe.


Po śmierci dyrektora Ośrodka, w którym odbywały się nasze zajęcia, bardzo nam przychylnego, zostaliśmy stamtąd „wykwaterowani” na rzecz szkoły rodzenia.


Zostaliśmy co prawda przygarnięci przez Miejski Dom Kultury ale nie na długo. Przegraliśmy tym razem z zespołem tanecznym.


Jeszcze przez jakiś czas spotykaliśmy się w prywatnym mieszkaniu jednej z naszych koleżanek, która miała bardzo duży pokój. Było wspaniale, ale wyprowadziła się do innego miasta.


Zajęcia się skończyły. Wszyscy tego żałują. Zostały dobre wspomnienia.

Brak odpowiedzi na “ Nowe życie ”

Zostaw komentarz