Sedlak 0

Ks. Prof. dr hab. Włodzimierz Sedlak twórca polskiej szkoły bioelektroniki i elektromagnetycznej teorii życia urodził się 31 października 1911 r. w Sosnowcu, zmarł 17 lutego1993 r w Radomiu.

Polski ksiądz, profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, twórca polskiej szkoły bioelektroniki, elektromagnetycznej teorii życia oraz pojęcia wszechpróżni.

W koncepcji naukowej Księdza Profesora Sedlaka życie ma cechy elektromagnetyczne, podobnie jak świadomość.

Istnieje Homo electronicus, a elementarnym pratworzywem jest dynamiczna bioplazma – piąty stan materii przynależny tylko żywym istotom. Poglądy te zawarł w książce „Bioelektronika” i „Homo electronicus”

Życie jest światłem – to wniosek wynikający z faktów i faktami potwierdzony. Czy życie umiera? Struktura organizmalna ulega zniszczeniu, ale wyemitowana wiązka przenosi się w próżni bez kresu i niewykluczone, że ulega relatywistycznemu zakrzywieniu obiegając wewnętrzną czaszę wszechświata. W naturalny obieg wracają więc nie tylko pierwiastki chemiczne struktur biologicznych, ale również elektromagnetyczna energia życia. (W.Sedlak)

„Teologia Światła, czyli sięganie Nieskończoności” – jest ostatnią książką, którą prof. Włodzimierz Sedlak przygotował do druku. Uwieńczeniu realizacji planów wydawniczych przeszkodziła choroba i śmierć Autora.

W tej książce Autor prowadzi czytelnika w kierunku Światła przy pomocy bioelektroniki i wiary w Nieskończonego Boga.

Wnioski są zaskakujące: bioteologia, nieśmiertelność duszy jest absolutnym pewnikiem i jest wynikiem elektromagnetycznej natury życia, a śmierć to wrota będące wstępem do wielkiej ery nieśmiertelności.

Teologia Światła, czyli sięganie Nieskończoności” to próba bioelektronicznego wyjaśnienia śmierci, nieśmiertelności, duszy człowieka. To również zapis naukowych zmagań i odkryć Autora.

Życie jest światłem. Światło jest dla pokornych i upartych, dla przywykłych do szukania dróg, gdzie się ich normalnie nie przewiduje. Światło jest dla tych, którzy precz wyrzucili wygodę, oszczędzanie sił i życia, dla mało giętkich w krzyżach. Dla miłośników trudności. Światło to droga rzecz. Trudna rzecz. (W.Sedlak)


Książka „Życie jest światłem” opisuje fascynującą drogę człowieka, który przeganiając własny czas, przebijał się do nowego oblicza biologii, pokonując tradycyjna inercję, myślowe schematy, wytyczając tym samym drogę ku światłu.

To nieprawda, że umierając wchodzi się w czerń tunelu. To przedpokój jasności. Może jest to sięganie poza krąg, po którym światło obiega wszechświat, zataczając krzywiznę o promieniu trzydziestu pięciu miliardów lat ziemskich, jak to obliczył Barnett w książce „The Universe and dr Einstein”. W tak wielkiej chwili wystrzelenia swej biologicznej egzystencji, nie wiadomo dlaczego nazywanej śmiercią, sięga się poza system wszechświata. Do samej światłości… (W.Sedlak)


„Dziękuję Ci, żeś mnie rzucił w stronę, gdzie nikt nie chodzi – na podbój życia.

To światło. Żywe światło. Żeś to ostawił przy rozpalaniu dnia biosfery. Jakie to jest cudowne… Nie ma okrzyków. Jakie to bajeczne…

Życie elektromagnetyczne. To samo, co światło biosfery promieniujące wiecznie. Co najwyżej, ulega przemianie energii. I o to tutaj chodzi, energia nie ginie przecież. Energia wszelka jest wiecznie żywa.

Mój program naukowy streszcza się w krótkim aforyzmie – Życie, czym jesteś?


Aby tak dalece sięgać w naturę życia, muszę się wstępnie wyzwolić z akademizmu pojmowania przedmiotu biologii. Muszę być na własnych obrotach intelektualnych. Inaczej do niczego nie dojdę.


Nowa wizja życia jest specyficznym stanem w biologii. Znowu rozwój tradycyjnej biologii jest mi utrudnieniem w balaście informacyjnym, jakby wszystko było wykończone, poukładane – z wyjątkiem natury.


Biologia jest ‚pełna’ poznania, ale jedynie na peryferiach i tylko wtedy, gdy rozpatruje zagadnienie czym jest życie w ogóle, nie zaś w istocie swej natury. Na czym polega istota natury życia – pytanie pozostające bez odpowiedzi.


Tyle się o życiu mówi, pisze, głosi, rozpacza, kiedy gaśnie, niepokoi, gdy dolega.


Zdaje się, że tak dużo się wie o życiu. Chodzimy w nim, obracamy się, poznajemy świat przez życie, bierzemy udział w życiu. Tak wiele szczegółów doszło do naszej wiadomości.


Najważniejsza rzecz – uczestniczymy w życiu do czasu i właściwie tak uczestniczymy jak zegarmistrz, który na podstawie znajomości mechanizmu zegarowego, chciałby zabierać rzeczowy głos na temat natury czasu.


Tak wartko płynie życie, że doprawdy zapomniano przeanalizować, czym ono jest.

Niedorzeczność powstaje stąd, że człowiek podtrzymuje to życie, stara się je zachować, widzi jego narodziny u innych i śmierć życia również u innych – bez możności określenia natury tego zdarzenia.

Tymczasem z fizyki wiemy, że istnieje świat materii, który jest niewyobrażalny. Kwantowy. Ponieważ rachunek kwantowomechaniczny jest abstrakcyjny, wobec tego nie możemy sobie świata kwantowego przedstawić.


Jest on możliwy tylko do opisania formalnego, czyli matematycznego.


Jeśli tak się sprawy przedstawiają, że wszelka materia posiada niewidoczny realizm kwantowy, wobec tego życie w najgłębszych swych rejonach powinno być również skwantowane. Musi więc być na tym poziomie energią.


Pomysł szalony, ale robi wrażenie trafnego uderzenia w sedno sprawy. Mamy spróbować przybliżyć sobie ten niewyobrażalny świat na odległość, która pozwoliłaby jako tako zapoznać się z życiem.


Mówiąc prosto – pragniemy poznać kwantowe podstawy stanu ożywienia. Jeśli tutaj się nie przybliżymy do natury życia, to już do niej nie dojdziemy w naszym poznaniu. Trochę zaś gimnastyki mózgu zawsze się przyda”.


Włodzimierz Sedlak

.

– – * – –

.

Zacytuję teraz fragmenty z książki Kazimierza Dymela „Skąd ten blask, profesorze Sedlak?”

.

Kazimierz Dymel urodzony w 1943 r., laureat kilkudziesięciu konkursów na reportaż, między innymi zdobywca nagrody I stopnia prezesa Komitetu ds. Radia i Telewizji, jest jedną z bardziej znaczących i interesujących postaci w polskim reportażu radiowym.

Jego reportaże wyróżnia żarliwe poszukiwanie postaw autentycznych, a w konsekwencji – pogłębiony psychologicznie portret bohaterów.

Skąd ten blask, profesorze Sedlak?” zajmuje w dorobku autora pozycję wyjątkową i to nie tylko dlatego, że stanowi jego samodzielny debiut książkowy.

Poszukiwanie racji ludzkiego żywota zawiodły go na Święty Krzyż, gdzie usiłował odnaleźć wartości znaczące dla każdego losu, jak też osiągnąć tożsamość i spójność własnej osobowości. Szanse stwarzała przede wszystkim konfrontacja z postawami i dokonaniami księdza profesora Włodzimierza Sedlaka – „szalonego” uczonego i niezwykłego człowieka.

.

– – * – –

.

– Wszechświat! – życie! A może to są zwierciadlane odbicia siebie?

Wszechświat według fizyki jest kolosalnym paradoksem materii.

Wychodzą nieskończone masy i energia, nieskończony czas i przestrzeń.

Można dostać kręćka – roześmiał się Profesor. – Wszechświat jawi się nam jako wieczny, ale życie również. Nie możemy się pogodzić z jego zmierzchem. Wszechświat jest skończony, ale nieogarnięty, życie wydaje się śmiertelne, ale niezniszczalne.

– Wszechświat daje o sobie znać radiacją. To jego jedyna mowa. Życie natomiast daje znać o sobie światłem. W obu wypadkach jest to mowa dwóch światów. Są to dwie tajemnice przyrody, w które jesteśmy wtłoczeni, będąc wynikiem obu i użytkownikiem każdej.

– Trzeba wbić się w życie i odkryć jego świetlistą naturę.

I wybiec dalej: stopić myśl i życie z całym wszechświatem.

– Moja świadomość – mówił Profesor – to nić egzystencji wyciągniętej ze wszechświata: na jednym końcu on, na drugim – ja, też dzieło przyrody. Jest we mnie wszystko, co istnieje w kosmosie, jestem jego czującą, myślącą i rozumiejącą cząstką.

.

– – * – –

.

Właśnie zarzuciłem Profesorowi, że obnosi się ze swą ascezą jak z jakąś mitrą. Przyjął moje oskarżenie z całkowitym spokojem.

– To prawda, że chwilami rzygać się chce i płakać, kląć i cholerować, ale niczego nie żałuję: przegrana, upokorzenie, wsypa, złamanie kończyn, potkniecie, zwichniecie atlasa u podstawy czaszki, są to w życiu epizody konieczne, bo bez nich nie chodziłoby się tak prosto, tak dziarsko i nie dochodziłoby się tak zdecydowanie do celu.

– Tak może mówić odkrywca, Księże Profesorze, ale może też – fantasta, człowiek opętany.

Staliśmy twarzą w twarz. Milczenie narastało. Już sądziłem, że moje oskarżenie pozostanie bez odpowiedzi.

– I mnie przychodzi czasami pytanie straszne –odezwał się pełnym udręki głosem – czy nie jestem jedynym głupcem w całym tym problemie!

Trudno przecież sądzić, żeby powszechna zgoda ludzi myślących była błędna. To jest dylemat zasadniczy w twórczej pracy naukowej. Jakie argumenty może mieć jeden człowiek w konfrontacji z całym potencjałem po stronie przeciwnej? Potencjałem zgromadzonym w oparciu o kolosalne tradycje i wyniki.

Człowiek, który głosi nowe, własne, jednostkowe, opozycyjne, częściowo usprawiedliwione, choć na faktach obiektywnych oparte…

Bezwiednie cofał się w głąb kaplicy; coraz bardziej stapiał się z mrokiem, aż wreszcie rozdzieliła nas ciemność.

Zapadła cisza, w której prawie słyszałem nierówne bicie swego serca. Drgnąłem, gdy dobiegł do mnie dźwięk jego głosu. W nocnej pomroce był dla mnie równym jasnym płomieniem.

– Niestety, z lękiem i psychozą nie ma co ruszać do ataku – usłyszałem.

– I dlatego walczę, nawet samotnie, o najbardziej materialne podstawy życia!

– Księże Profesorze… – wyrwało mi się.

– Tak, o materialne podstawy życia – ciągnął.

– Bo stroną wiodącą w badaniu przyrody jest przyroda, a nie moje, ani też cudze założenia, aksjomaty. Po prostu decyduje samo życie.

I dlatego wnioski, które mi ono narzuca, nawet jeśli powstaną wbrew moim wyobrażeniom, tylko te wnioski są w ostatecznym rachunku do przyjęcia i zaakceptowania. I wówczas muszę swoje wyobrażenia zmieścić w nowej wizji, którą narzuca mi przyroda, a nie odwrotnie – wciskać na siłę przyrodę w swoje wstępne założenia.

Profesor wciąż był niewidoczny, za to głos zdawał się koncentrować całą jego siłę. Ciągnął:

– A jeśli życie jest fenomenem przyrody, to musi być fenomenem materii.

Tymczasem materii bez podstaw kwantowych zwyczajnie nie ma. Mogę się co najwyżej śmiać, że pragnie się w biologii rozwiązać problemy życia bez kwantowych podstaw. Jest to zasadniczym nonsensem niekonsekwentnego myślenia.

Zresztą my bardzo często o czymś wiemy, ale jest nam wygodniej żyć w naszych dawniejszych przekonaniach, bo to jest łatwiejsze, prostsze, no i nie trzeba się fatygować. Dlatego z dumą podkreślam, że walczę o materialne podstawy życia.

– Ależ, Księże Profesorze – zawołałem po raz drugi, lecz nie potrafiłem uporządkować swoich myśli. Słowa Sedlaka zasiały w nich jakieś wątpliwości, trudne do ogarnięcia niejasności.

Tymczasem głos Księdza nieco się zbliżył i powiało od niego lodowatym spokojem.

– Wobec Pana Boga chamem nie jestem, ale ambicje też swoje mam!

Słuchałem w jakimś odrętwieniu i pomyślałem, że może to i lepiej, że nie widzę teraz Profesora: są chyba słowa, które w ustach człowieka widzianego brzmiałyby zgrzytliwie. Chyba dlatego – zastanawiałem się – aktorzy w starożytnej Grecji występowali w maskach. Z piersi znów jednak wydarło mi się:

– Ależ Księże Profesorze!

Usłyszałem odgłosy kroków i po chwili stał obok mnie. Patrzyłem na niego, a on koncentrując na sobie całą, spływającą przez latarniarz poświatę, zdawał się emanować złocistą aureolą.

Wtem wskazując na sutannę z nadspodziewaną siłą zawołał:

– Opakowanie nie może ograniczać myślenia!

Nie dotarło do mnie jeszcze znaczenie tych słów, gdy on spiesznie ciągnął:

– Proszę pana! Moje najpierwsze życiowe przykazanie brzmi:

„Nie można się bać własnych myśli”

– zrobił pauzę, w trakcie której dłoń uniosła się jeszcze wyżej i przesunęła po opadających na czoło włosach.

– Ja idei nie biorę z metafizyki lub wiary i nie zaczynam ubierać ich w przyrodniczą suknię.

– Rozumiem, Profesorze – odpowiedziałem, chociaż zamęt w mojej głowi nie zmniejszył się ani o krztynę.

.

– – * – –

.

Znów przysiadłem obok Profesora. Pogrążony w zadumie zdawał się być nieobecny. Nie wiadomo kiedy i ja dałem się osaczyć skrzętnie ukrywanym myślom. Były szare, przygnębiające, natrętne.

Jaki będzie mój powrót? – zastanawiałem się. – Czy znajdę w sobie wreszcie tyle rozsądku, by stanąć ponad zawiścią małych i pogardą wielkich? Czy zdołam oprzeć się magii dźwięcznych słów i pięknych gestów? Jak przy tym odróżnić omamy od tego, co ważne? Przecież tam, na dole, wirtuozeria zawsze więcej znaczyła od żarliwości, a podawane z wdziękiem kłamstwa były monetą bardziej poszukiwaną, niż zwyczajna szczerość…

Ciemne niebo rozjaśniła spadająca gwiazda.

Czy się różnimy od meteorytów, które pędzą znikąd donikąd?

Czego należy więc szukać? Może miłości? A jeśli tylko raz na stulecia rodzi się Romeo i Julia?…

Zresztą, skoro tak nieporadnie wypełniałem czas przeszły, to czy potrafiłbym wykorzystać najpiękniejszą nawet szansę czasu przyszłego?

Drgnąłem. Przez moją bezradność przebiło się spojrzenie Sedlaka. W jego oczach zobaczyłem cierpliwość, cierpliwość terapeuty. Zaczął bez wstępów.

– Czas przeszły i przyszły nie istniały w rezerwuarze Wszechświata.

Człowiek musiał je odkryć, a nawet może stworzyć jako nośnik własnego istnienia. Sens życia to właściwie nic innego jak wypełniacz czasu przyszłego i przeszłego, czyli asekuracja przed złapaniem pustki czasu teraźniejszego. Tym ostatnim przecież tylko człowiek dysponuje…

– Sens życia – ciągnął Profesor – to praktycznie każda zamierzona ruchliwość. Obojętnie, w jaki sposób, ale człowiek musi coś wykonywać, musi wciąż poszerzać przestrzeń swego życia. Inaczej – czai się perspektywa bezsensu.

– Jeśli więc ktoś nie wie, co z obecnym czasem zrobić, to…

– … roztrwoni również czas przyszły – przechwycił.

– Każdy wiek jest złoty! O tym nie wie tylko głupiec, bo mędrzec czerpie z tego otwartymi rękoma! – podniósł się i jeszcze dorzucił:

– Prawidłowo sprawę stawiając, człowiek jest w ogóle sensem całej przyrody, bo przecież jest jej najdoskonalszym, ostatecznym dziełem.

Poprzez człowieka dokonuje się ta niezwykłość – przyroda rozeznaje siebie…

.

– – * – –

.

Profesor Sedlak stał(przy ognisku) zapatrzony w znikające powoli płomienie.

– Skoro życie jest spalaniem, automatycznym spalaniem się, to wszelka próba jego oszczędzania jest zwyczajnym nonsensem. Proces spalania i tak się będzie dokonywał.

Z tym, że można jaśniej świecić lub w ogóle nie świecić.

A przedłużanie spalania, tak jak się to robi niekiedy w ognisku, polewając drewno wodą, więcej daje swędu, więcej efektów kolorystycznych z daleka, niż ciepła…

– Zresztą do wyboru. Jedni wolą tak, drudzy inaczej.

Ja w każdym razie wolę spalać się jak najjaśniejszym płomieniem.

.

– – * – –

.

Mistyczny sen Kazimierza Dymela

.

Ciemności rozświetlały migotliwe ognie. W ich blasku falowały długie, czarne habity i barwne benedyktyńskie karawaki.

Nie wierzyłem własnym oczom: przez klasztorny dziedziniec sunął niekończący się pochód zakonników. Szli gęsiego, powoli, z uniesionymi pochodniami. W wysuniętych przed siebie prawych dłoniach dzierżyli kosztowności, od których zapierało dech.

Moje niespokojne, rozbiegane oczy patrzyły na monstrancje, krzyże i kielichy w całości ze złota i drogich kamieni, przebogate infuły zdobione perłami, mszały oprawione w aksamit ze złotymi klamrami i okuciami, na niezliczone sztaby i czary z żółtego kruszcu, na klejnoty, ozdobne szaty i misterne szkatuły; skarby tak niezwykłe i w takich ilościach, że poczułem narastający zamęt.

Milczące, zakapturzone postacie wynurzały się spoza masywnej furty i lekkim łukiem podążały na środek podwórca, gdzie wznosił się wielki, czarny krzyż. Tuż pod nim rozwierała się ogromna czeluść, która zdawała się dochodzić do samego środka ziemi.

To właśnie tutaj zatrzymywał się każdy z mnichów, by szybkim, zdecydowanym ruchem rzucić swój przedmiot drogocenny w sam środek czarnej nieocembrowanej szczeliny. I gdy echo niosło trzaski i dudnienia, on unosił głowę, odrzucał kaptur, płonącą żagwią kreślił w powietrzu znak krzyża i lekkim, niemal tanecznym krokiem spieszył w stronę grubych, klasztornych murów.

– Dlaczego, dlaczego oni to robią? – spytałem.

Milczał

– Dlaczego rzucają te bezcenne kosztowności, dlaczego je niszczą?

– Bo chcą uratować siebie – usłyszałem. Głos był odległy i przytłumiony.

– To przecież szaleństwo! – wykrzyknąłem.

Sedlak siedział nieruchomy miedzy stosami książek, a jego oczy były błyszczące, szkliste.

– Szaleństwem jest gromadzenie bogactw – głos dochodził z bliska.

Twarz Profesora mieniła się jak bryła złota. Skąd ten blask? – pomyślałem.

– Przecież księżyc już zaszedł i zagasił łunę.

– Widzi pan blask, bo zaczyna pan dostrzegać.

Z oblicza Profesora nadal emanowało jakieś światło. Pulsowało podobnie jak głos: raz bliskie, ciepłe, potem znów chłodne, przygaszone.

– To początek drogi oczyszczenia i powtórnych narodzin – zabrzmiało przy mnie.

Przez chwilę wpatrywałem się w jego oczy; było w nich coś z dobrotliwego eremity i głodnego drapieżnika.

– Więcej z eremity czy z drapieżnika? – usłyszałem wyraźnie.

Jestem jak otwarty zapisany zeszyt – pomyślałem z niespodziewaną dla siebie złością, słysząc jak konwersuje z moimi myślami.

Z oddali doszedł spokojny, pełen perswazji głos:

– Pana myśli, tak samo jak myśli każdego z nas, są równie materialne i konkretne jak, powiedzmy, te wolumeny. Tyle, że… trwalsze.

– Myśli czy księgi?

– Myśli, oczywiście. One potrafią istnieć po śmierci fizycznej człowieka i przechodzić do jego kolejnego wcielenia.

– A więc ksiądz wierzy w reinkarnację? – zawołałem zdumiony.

Uśmiechnął się, splótł dłonie i powiedział miękko:

– To przecież oczywiste. Jedynie biopole znika wraz ze śmiercią.

Natomiast nasza bioplazma z naszą mądrością lub głupotą, dobrocią czy wrogością, egoizmem, z tym wszystkim, co uzbieraliśmy w sobie przez lata, ta bioplazma istnieje nadal, by znów kiedyś wcielić się w nowy organizm.

– W jaki organizm?

– To zależy, czym naładowaliśmy naszą bioplazma. Akumulator ociekający brudem, przeżarty i zanieczyszczony nie może być przecież wstawiony do błyszczącego świeżością auta… Zresztą, nasze uczynki i myśli, w ogóle wszystkie wydarzenia – jego głos zaczął się oddalać – te indywidualne i zbiorowe, całej ludzkości od początków… to wszystko jest dokładnie odbite i zarejestrowane.

– Jak to? – krzyknąłem.

– To tylko sprawa wyobraźni. Niech pan założy, że istnieje nieskończenie wielki magnetofon z gigantycznymi szpulami. Ich nieustanny obrót może być tak samo oczywisty, jak obrót Ziemi. A może to sama ziemia…

Były to ostatnie słowa, jakie wyłowiłem spośród narastających szumów i trzasków.

Obudziłem się w pozycji półsiedzącej. Otaczała mnie ciemność, która dźwięczała jedynie szumem i zawodzeniem puszczy. Może tylko w poświsty i jęki wiatru wdzierały się dalekie odgłosy skarbów niszczonych i ofiarowywanych ziemi.

Zdumiony intensywnością i realnością snu zapaliłem nocna lampkę. jej światło było tak wyraziste, jak perspektywa uszczknięcia choćby cząstki z obejrzanego bogactwa. Chaotycznie opisałem swoje majaki. Gdy rano spróbowałem jeszcze raz odtworzyć nocne przeżycia, w pamięci nie pozostał nawet ich ślad. Na szczęście ostały się pośpieszne notatki.

Przy śniadaniu próbowałem „zapolować” na Profesora. Rozpocząłem od narzekań na nocne zwidy.

– Tak mnie wymęczyły – poskarżyłem się – że aż czuję zawroty głowy.

– Proszę się nie przejmować, na pewno przejdą – pocieszył. – Ja miałem niedawno grypę i też mi trochę wiruje świat. A co mają zrobić ci, którym całe życie się kręci?

Wybuchnąłem głośnym, zdrowym śmiechem. Po chwili opanowałem się i znów przyjąłem poprzedni ton.

– Muszę się jednak przyznać – brnąłem – że nie był to zwyczajny, niespokojny sen. On miał charakter… – przerwałem szukając właściwego słowa – mistyczny.

Profesor spokojnie skończył smarować chleb i dopiero wtedy odpowiedział z powagą.

– Nie chciałbym deprecjonować pana wizji sennych, ale mistyka we śnie to coś tak normalnego, jak ten chleb z miodem. Zresztą każdy sen, nawet najnormalniejszy, jest sam w sobie mistyczny.

Bezwiednie uniósł pajdę razowca, potem odłożył ją i zaczął z głębszym namysłem.

– Mistyka… Mistyką jest ekspandujący wszechświat z uciekającymi galaktykami i ludzka świadomość z niepokojem poznawczym. Przypisując życiu biologicznemu możność trwania przez nieskończoność, tworzymy mistykę biologiczną. Sądząc natomiast, że świadomość nasza jest wieczna, uprawialiśmy mistykę antropologiczną. Przedmiotem mistyki byłby również bohater czy geniusz zamknięty w wieczna pamięć ludzką – mówił coraz szybciej, gestykulując. – Mistyką jest wszystko, co nie mieści się w naszych racjonalnych zasadach. A i nasza racjonalność jest czymś mistycznym…

Przerwał, nabrał tchu i pewnie chciał pędzić dalej, lecz szybko ustawiłem przeszkodę.

– A sterowanie ludzką świadomością i jego wolą, czy również ma charakter mistyczny?

Nie był zdziwiony pytaniem i rytm odpowiedzi, a właściwie pauz między nimi, wyznaczały jedynie łyki mleka. Jego wywody sprowadzały się tym razem do stwierdzenia, że ten typ ingerencji jest czymś najnormalniejszym pod słońcem, stosowanym zresztą od niepamiętnych czasów. Bo chociażby – argumentacja, wpływ pedagogiczny, przemoc, no i wszelakie środki chemiczne.

Ale Sedlak nie byłby sobą, gdyby ograniczył się jedynie do takiej konstatacji. Natychmiast więc dodał, że na układ biologiczny można również wpływać elektromagnetycznie. Tym bardziej, że istnieje sen elektryczny – odpowiednik snu chemicznego i naturalnego.

– Czy byłby zatem możliwy zapis myśli człowieka – spytałem wprost.

Odpowiedział bez zająknięcia:

– Jestem zdania, że tak, gdyż zapis taki już się dokonuje w komórkach kory mózgowej i ośrodków podkorowych. Dokonuje się on elektromagnetycznie na biochemicznej kliszy, po prostu białkowej.

Podobną sytuację znamy jako holografię.

Jest to elektromagnetyczny lub akustyczny zapis na chemicznych molekułach, z których odczytujemy informację przy pomocy spójnej wiązki świetlnej, a jest to możliwe przy istnieniu efektów biolaserowych…

Monolog Profesora był długi, dostatecznie długi, abym mógł się uśmiać z naiwności dzieciaka, który postanowił założyć wnyki na lwa i w swym szaleństwie uwierzył, że wielki, siwy kocur może w nie wpaść.

.

.