Dbaj o to, by Twoje myśli były zdrowe, pełne pogody i radości. Wyobrażaj sobie siebie jako zdrowego. Powiedz sobie, że dobre zdrowie jest Twoim naturalnym prawem i zasługujesz na to, aby być zdrowym. (Andrew Matthews)

Andrew Matthews w swojej książce „Bądź przyjacielem i żyj wśród przyjaciół” pisze tak:

Przytulanie się jest zdrowe! Potrzebujemy czułego dotyku – i to często. Jednak czasem obawiamy się odrzucenia, poprzestajemy więc na poklepywaniu dzieci i psów. Wiemy, że przynajmniej pudel sąsiadów nie odsunie się od nas warcząc: „Zabierz ręce, kretynie!”.

Obecnie nawet lekarze przyznają: MUSIMY SIĘ PRZYTULAĆ – i to nie tylko do psa.

Profesor psychiatrii z Fundacji Menningera, doktor Herold Falk, twierdzi:

„Serdeczny uścisk może wydobyć człowieka ze stanu depresji, ponieważ pobudza system odpornościowy organizmu. Taka pieszczota jest dla zmęczonego ciała niczym powiew świeżego powietrza, który nas odmładza i dodaje energii”.

Doktor Bresler z kalifornijskiej kliniki uniwersyteckiej przepisuje przytulanki jako środek zwalczający ból:

Jeden uścisk przy śniadaniu, jeden na obiad, jeden na kolację i przed snem – a od razu poczujesz się lepiej”.

.

W swojej książce „Radość dotykania” Helen Coltom wyjaśnia, jak poziom hemoglobiny we krwi znacznie wzrasta pod wpływem dotyku. Zważywszy, że hemoglobina dostarcza odżywczy tlen do mózgu, serca i całego ciała, czuły uścisk nabiera szczególnej wagi.

Możesz, oczywiście, powiedzieć: „Przytulanie się nie jest w moim stylu”. Ale istnieje szansa, że jednak to polubisz. Nie musisz tulić się do każdego, ale powinieneś znaleźć sobie swoje prywatne źródło czułych uścisków.

Wydaje się też, że w miarę jak pozbywamy się kompleksów, stajemy się bardziej otwarci na dotyk. Na ogół dzieje się tak, że ludzie stopniowo otwierają się na pieszczoty, a potem przyzwyczajają się do nich – nie odwrotnie.

Mało jest ludzi, którzy powiedzą Ci: „Kiedyś dużo się przytulałem, ale nie znosiłem tego, więc przestałem. Cieszę się, że nikt mnie już nie przytula”.

Podobnego zdania, co Andrew Matthews są autorzy książki „Balsam dla Duszy” Jack Canfield i Mark V.Hansen, którzy pod tytułem „Nie irytuj, lepiej przytul” opisują historię pewnego emerytowanego sędziego:

Nie irytuj, lepiej przytul!  (pewna nalepka)

Lee Shapiro jest emerytowanym sędzią. To również jeden z najbardziej kochających ludzi, jakich znamy. Na pewnym etapie swojej kariery Lee przekonał się, że miłość to najpotężniejsza siła, jaka istnieje, i w rezultacie swego odkrycia postanowił rozdawać wszystkim uściski. Nalepka przytwierdzona do zderzaka jego samochodu głosi: „Nie irytuj, lepiej przytul!”

Jakieś sześć lat temu Lee sporządził sobie, jak się wyraził, „przybornik do przytulania”, na zewnątrz którego widnieje napis: „Serce za uścisk”, wewnątrz zaś mieści się trzydzieści haftowanych czerwonych serduszek z przylepcem z tyłu.

Lee często zabiera go ze sobą na ulicę i ofiarowuje przechodniom małe czerwone serduszka w zamian za uścisk.

Popularność Lee jest tak ogromna, że stał się najczęściej zapraszanym gościem na co znaczniejsze zjazdy i konferencje, podczas których wygłasza zawsze prelekcję na temat bezwarunkowej miłości.

Na konferencji w San Francisco lokalna stacja telewizyjna podała w wątpliwość jego teorię.

– Łatwo rozdawać uściski uczestnikom zjazdu, ludziom w pewien sposób wyselekcjonowanym. Coś takiego jednak nie sprawdziłoby się w zwykłych warunkach.

Dziennikarze rzucili mu wyzwanie – niechby spróbował brać w objęcia przechodniów na ulicach San Francisco.

Lee wybrał się więc do centrum razem z ekipą telewizyjną. Zatrzymał najpierw przechodzącą nie opodal kobietę.

Dzień dobry, jestem Lee Shapiro. Rozdaję takie serduszka w zamian za uścisk.

– Z przyjemnością skorzystam – odparła kobieta.

– To było zbyt proste – sprzeciwił się komentator.

Lee rozejrzał się wokoło. Spostrzegł parkingową – miała niezłą przepraw z właścicielem BMW, który nie chciał zapłacić za postój. Lee pomaszerował do niej natychmiast, a za nim pognali sprawozdawcy.

– Chyba dobrze zrobiłoby pani, gdyby ktoś panią przytulił. Jestem Lee Shapiro i chciałbym pani pomóc – zaproponował.

Zgodziła się.

Komentator postanowił wystawić Lee na próbę raz jeszcze.

– Proszę popatrzeć: nadjeżdża autobus. Kierowcy autobusów należą do najbrutalniejszych, najbardziej opryskliwych i małodusznych ludzi w całym San Francisco. Sprawdźmy, czy uda się panu przytulić takiego kierowcę.

Lee przyjął wyzwanie.

Gdy tylko autobus zatrzymał się przy wysepce, Lee zagadnął kierowcę.

– Cześć, nazywam się Lee Shapiro. Twój zawód należy chyba do najbardziej stresujących na świecie, co? Wiesz, rozdaję uściski ludziom, żeby nieco ich ukoić. Może przydałby ci się jeden?

Kierowca wstał z miejsca. Mierzył ponad metr osiemdziesiąt, a ważyć musiał chyba ze sto dwadzieścia kilogramów. Zszedł do Lee i odparł:

– Jasne, czemu by nie?

Lee uściskał go i podarował mu czerwone serduszko, a gdy autobus odjeżdżał, pomachał kierowcy na pożegnanie.

Ekipa telewizyjna oniemiała. W końcu odezwał się sprawozdawca:

– Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem…

Pewnego dnia w drzwiach domku Lee pojawiła się jego przyjaciółka, Lancy Johnston. Nancy jest zawodowym klaunem, więc Lee nawet nie zdziwił się, widząc ją w kostiumie pajaca, z odpowiednim makijażem i resztą błazeńskiego ekwipunku.

– Lee, bierz swój „przybornik do przytulania” i idziemy do domu dla niepełnosprawnych! – rzuciła głosem nie znoszącym sprzeciwu.

No i poszli.

Przybyli do pensjonatu. Rozdawali pacjentom śmieszne kapelusze, serduszka, uściski…

Lee czuł się jednak trochę skrępowany – nigdy dotąd nie brał w objęcia ludzi nieuleczalnie chorych, upośledzonych, ludzi całkowicie sparaliżowanych. Czuł się niezwykle spięty.

Zdenerwowanie ustąpiło nieco, gdy w ślad Lee i Nancy poszli lekarze, pielęgniarki i sanitariusze. Przez kilka godzin wędrowali wszyscy razem od sali do sali.

Dotarli wreszcie na ostatni oddział. Znajdowały się tam trzydzieści cztery osoby w najcięższym stanie. Lee po raz pierwszy stanął w obliczu tak rozpaczliwego widoku…

Poczuł się zupełnie przybity, zbyt jednak był zaangażowany i przejęty swą misją obdarowywania miłością, by coś mogło go powstrzymać. Razem z Nancy i całym personelem medycznym zaczął swą wędrówkę po sali.

Wszyscy mieli już przypięte do kołnierzyków serduszka, a na głowach założone kapelusiki, gdy Lee podszedł do ostatniej osoby.

To był Leonard. Duży biały śliniak, zawiązany pod jego szyją, był cały mokry. Lee rzucił na niego okiem.

– Chodźmy, Nancy. Z nim nie da się nic zrobić – oświadczył.

– Dalejże, Lee. To też człowiek, nieprawda? – odparła Nancy i umieściła na głowie Leonarda śmieszny kapelusz.

Lee wyciągnął jedno ze swych czerwonych serduszek i przytwierdził je do śliniaka, a potem wziął głęboki oddech, pochylił się i uściskał go.

Zupełnie niespodziewanie rozległ się radosny pisk Leonarda: ”Iii! Iii!”

Niektórzy pacjenci zaczęli klaskać, inni uderzali, w co mieli pod ręką, by narobić trochę hałasu.

Lee odwrócił się w stronę pracowników, by wyjaśnili mu, co się dzieje, lecz jak się okazało, wszyscy – lekarze, pielęgniarki i sanitariusze – płakali!

– O co tu chodzi? – zapytał siostrę przełożoną.

Nigdy nie zapomni jej odpowiedzi:

– Po raz pierwszy od dwudziestu trzech lat Leonard się uśmiechnął…

Jak łatwo uszczęśliwić innych…